
Strona główna
O nas
Książki
Księgarnia
Recenzje
Wydaj u nas
Polecamy
Kontakt
Jerzy Terpiłowski
Jan
Kantemir
|

|

Adam
Wilatowski -
publicysta, stały współpracownik miesięcznika "Tradycja"
Zapraszamy do lektury najciekawszych artykułów!
Czarny
pijar
Tragiczne
zwroty dziejów zwiastują komety na niebie, a straszydła na
ziemi. Te pierwsze prowadzą wodzów ku klęsce. W latach
1811-1812 niejaki Mały Kapral powiódł na Moskwę
milionową armię wpatrzony w kometę Pons-Brooka, organizując
rzeź nie mającą dotychczas precedensu w historii Europy. Po
niedługim czasie skonał
w poniewierce na wyspie św. Heleny
trzymając się za brzuch. Trochę ponad stulecie później, także
po pojawieniu się komety, inny kapral namówił Niemców na
drugą wojnę światową oraz zagładę Żydów tylko po
to, aby kilka lat później zażyć cyjanek. Coś
zatem jest na rzeczy z tymi kometami ale ciągle niewiadomo po
jakim czasie od pojawieniu się ich na niebie następują
dramatyczne wydarzenia.
W
1997 roku oglądaliśmy kometę Halleya-Boppego, ale długo nic
szczególnie nie wstrząsało beztroską ludzkością. Owszem,
kolejne tsunami zmyły do oceanu kilkaset tysięcy nędzarzy
z Bangladeszu, miliony ludzi umierało z głodu
w afrykańskim Sahelu, pojawił się HIV, zwiększyła
zachorowalność na raka, ale kogo to, tak naprawdę - oprócz
samych ofiar - obchodzi!?
Na
światową scenę wkroczył jednak w międzyczasie Osama syn
Ladena, aktor wyuczony w szkole CIA rywalizującej ze sławnymi
uczelniami KGB. Niektórzy twierdzą, że tragedia 11 września
w Nowym Jorku, rozpoczęła trzecią wojnę światową. Możliwe,
może to wstępny, latentny przebieg zarażenia, niezauważony,
przytłumiony szczepionką wojen poprzednich?
W
grudniu roku 2007 Opatrzność ostrzegała nas dodatkowo,
doskonale widoczną kometą McNaughta. Może to, co najgorsze
jeszcze przed nami. Nie lekceważmy znaków na niebie!
Natomiast na ziemi, w skali regionalnej,
nieszczęścia zapowiada pojawienie się straszydeł. Nadejście
dżumy poprzedzała niegdyś w miasteczkach i wioskach wizyta
„Cichej Pani”. Milcząca nieznajoma podchodziła do
bawiących się dzieci, snuła po przyjęciach i na odpustach. A
potem ludzie, z którymi przebywała, kładli się i umierali.
Upiór Pronobisa pod postacią szkieletu przybranego w mnisi
habit wałęsał się po uliczkach warszawskiego Starego Miasta,
a ten na kogo - uchyliwszy kaptura - spojrzał,
umierał na cholerę. Na wsiach grasowały zmory, kościeje, żyd-piekielnik
i wiejce. Każda epoka kreowała straszydła na miarę możliwości
percepcyjnych współczesnych obywateli.
W
Polsce, ostatnio - w miarę postępującej fascynacji tak
zwanych elit możliwościami jakie stwarza im wdrażanie
demokracji - coraz częściej pojawia się na ustach obywateli
Czarny Pijar. Politycy oskarżają się wzajemnie o wywoływanie
tej paskudnej zmory w celu deprecjonowania słusznych poczynań
„mających na celu dobro ogólno-społeczne”, a inni
powtarzają bezmyślnie, to co usłyszeli. Straszydło paraliżuje
ustawodawstwo, rządzenie, obronność kraju, lecznictwo, pocztę,
koleje, stwarza zagrożenie ekologiczne i
konflikty dyplomatyczne, wymusza powszechną niezgodę, korupcję,
prostytucję cielesną i światopoglądową oraz antypolonizm.
Dla niepoznaki przyjęło postać mnicha z zakonu zasłużonego
niegdyś w szerzeniu oświaty. Rozprzestrzenia się przy pomocy
zarazka głupoty odpornego na wszelkie tłumaczenia i antidota.
Grupami
największego ryzyka są głównie politycy i działacze samorządowi,
ludzie mediów i wszelkie „wykształciuchy”, ale
zaraza - jak wskazują badania przeprowadzone przez niezależne
centrum badania stosunków społecznych (public relation,
w skrócie sylabizowane jako pi-ar, ale nigdy pijar)
- zatacza coraz większe kręgi. Przy końcu roku zarażony
Czarnym Pijarem był co szósty obywatel RP, a prognozy są
zatrważające.
Aż
strach pomyśleć, do czego doprowadzi to powszechne zgłupienie!!!
- Adam Wilatowski
|

|